Serwis Doradztwa Podatkowego

Serwis Doradztwa Podatkowego – nr 351 – 9 maja 2016

O WSPÓŁCZESNOŚCI, HISTORII I DNIACH PRZYSZŁYCH
(Dział publicystyczny)

22. Szkice polsko-rosyjskie: Maria Czetwertyńska – Światopełk, czyli refleksje o jedynej wielkiej miłości Aleksandra I.

W rzeczywistości, w sensie formalnym, nazywała się Naryszkina, bo wyszła za mąż za  potomka jednego z najstarszych rodów bojarskich Rosji, m. in. matka Piotra Wielkiego była z tego rodu, a kilku jej członków położyło głowę (wujowie małego Piotra) w czasie słynnego buntu strzeleckiego. Małżeństwo Marii było nieudane, a jej jedynym prawdziwym związkiem i prawdziwym uczuciem, zresztą odwzajemnionym, trwającym prawie dwadzieścia lat, był  „romans” (tak wtedy mówiono) z Aleksandrem I. Zdaniem poważnych historyków jej stosunek do spraw polskich był obojętny; w końcu była wnuczką targowiczanina powieszonego w Warszawie w czasie Powstania Kościuszkowskiego. Może. Ale „polski Petersburg” oblegał jej salon, „szukał dojścia” (tak się dzisiaj mówi) do władzy za jej pośrednictwem i chyba coś zdziałał, bo był to jedyny w dziewiętnastowiecznej historii władca wielkiego mocarstwa, który coś zrobił, i to wcale nie tak mało, dla nas Polaków. W tym roku Uniwersytet Warszawski będzie obchodził swoje dwustulecie, a jego prawnym twórcą był przecież Aleksander I. Sam zresztą mawiał, że Polska ma trzech wrogów: Rosję, Prusy i Austrię oraz jednego przyjaciela, czyli jego. Dzięki niemu w naszej historii pojawia się 15 lat konstytucyjnego okresu Królestwa Kongresowego, którego roli do dziś nie można przecenić. Ukształtowane wówczas późnooświeceniowe pokolenie obywateli, mimo klęski powstania listopadowego, tworzyło nowy model Polaka – obywatela, patrioty i pragmatyka zainteresowanego sprawami gospodarczymi i po trosze realisty; oni i ich potomkowie przenieśli polskość najpierw pod chłopskie strzechy, a później do Wielkiej Wojny, która zakończyła okres zaborów. Sądzę, że dwudziestowieczni Polacy w Kongresówce, ale i na Kresach odziedziczyli postawy oraz ideę Polskości, przede wszystkim ukształtowaną w pierwszym dobrym piętnastoleciu Kongresówki, a nie wywodzącą się z późnych czasów stanisławowskich, czyli z czasów, które dziś nazywamy utraconą później „niepodległością”.

Wiele do dziś zawdzięczamy, choć to dziś niepopularna teza, Aleksandrowi, a być może – pośrednio – również Marii, która – co przyznają wszyscy, co coś wiedzą na ten temat – miała jakiś wpływ na swojego kochanka. Ówczesny władca Rosji i formalny, legalny król Polski, miał silny charakter, wybitny intelekt i raczej był odporny na wpływy otoczenia, nie tylko „jego kobiet”, ale jego sympatie dla Polski i Polaków są bezsporne, tak jak zasługi, których dziś nie jesteśmy skłonni widzieć. Warto przypomnieć, że zdecydowanymi, dość skutecznymi przeciwnikami restytucji państwa polskiego na Kongresie Wiedeńskim były, jak zawsze, „mocarstwa zachodnie”, a zwłaszcza Wielka Brytania, Francja i Austria, bo w ich wizji nie ma miejsca dla silnej Polski, która nie jest skonfliktowana w Rosji.

I tak dobrnęliśmy do problemu, który – jak sądzę – jest wciąż aktywny, mimo że od czasów Marii Naryszkiny minęło już dwieście lat. Dzisiejsza Polska bardziej przypomina Królestwo Kongresowe niż Rzeczypospolitą: w istocie jest poszerzonym na zachód tworem terytorialnym rodem z XIX a nie XVIII wieku. W sensie politycznym i militarnym jesteśmy jednak przeciwieństwem wizji Aleksandra: protektorów mamy na Zachodzie, prowadzimy ich politykę a nasze zależności są odwrotne od tych, które ukształtował Kongres Wiedeński.

Ktoś się obruszy i powie, że wtedy to były „zabory” a teraz jesteśmy „niepodlegli”. Tak mówimy i tak uczymy kolejne pokolenia. Bo zależność od Berlina jest w naszej narracji „odzyskaniem niepodległości”: tak wymyślili kajzerowscy politycy, a my to powtarzamy do dziś. Podobnie jak przed dwustu laty wychowujemy nowe pokolenia Polaków, mamy polskie szkoły, język polski i odrębną państwowość. Ale te pokolenia, inaczej niż wtedy, uciekają stąd i proces ten wcale nie zatrzymał się. Ponoć ponad 4 miliony młodych Polaków chce stąd wyjechać, a już dwa miliony opuściło  nas na zawsze. Przed dwustu laty „wielka emigracja” ograniczała się do około 10 tysięcy osób, czyli była czymś zupełnie nieporównywalnym. Poważni historycy i politolodzy zachodni wprost przyznają, że przez ostatnie ćwierć wieku daliśmy im unikatowy „prezent” w postaci świetnie wykształconego i chętnego do pracy pokolenia młodych ludzi, co ich wzbogaciło. A nas zubożyło. Raz na zawsze. Skutkiem tej emigracji jest najgłębszy w historii kryzys demograficzny nas jako Polaków, będzie nas mniej.

Czyli bilans „powrotu do Zachodu” jest czymś znacznie bardziej złożonym i kosztownym niż nam się wydaje. Zasiedlą nasze miasta ludzie, których nazywamy dziś Ukraińcami, czyli ludzie ze Wschodu, a jak tak dalej pójdzie, to bez „rosyjskiego zaboru” staniemy się państwem o wielkiej, wschodniej a nie zachodniej mniejszości. Może warto to dostrzec.      

           
Witold Modzelewski
Profesor Uniwersytetu Warszawskiego
Instytut Studiów Podatkowych

 

Skontaktuj się z naszą redakcją