Serwis Doradztwa Podatkowego

Szkice polsko-rosyjskie: czy w 1919 r. byliśmy w stanie wojny z Rosją?

     Oficjalne i nieoficjalne kontakty między polskimi politykami a władzami państwa bolszewickiego w całym okresie międzywojennym należały wtedy i dziś do tzw. wstydliwych tematów, które nie pasują do obowiązującej mitologii. Przecież (jakoby) najważniejszym wydarzeniem tego okresu był „cud nad Wisłą”, czyli – jak twierdzi jakiś Brytyjczyk (a my lubimy, gdy nas ktoś taki pochwali) – była to jedna z „kilkunastu najważniejszych bitew w historii świata”, w której „broniąc Europy” powstrzymaliśmy „bolszewicką nawałę”. Do tego heroicznego czyny zupełnie nie pasują wcześniejsze i późniejsze kontakty między przedstawicielami najwyższych władz obu stron, bo legendy nie znają codziennych kompromisów. Przypomnę jednak, że przez prawie połowę 1919 r. trwały negocjacje polsko-bolszewickie – najpierw w Białowieży, potem w Mikaszewicach, a ówcześnie Polska – co warte szczególnego podkreślenia – nie była w sensie prawnym w stanie wojny ani z Państwem Bolszewickim (Rosja bolszewicka”), ani tym bardziej z istniejącym nie tylko formalnie legalnym Państwem Rosyjskim. Przypomnę tu kilka istotnych szczegółów, które dziś są często pomijane przez historyków. Po pierwsze, legitymacją władz „Republiki Polskiej” powstałej po dniu 11 listopada 1918 r., były akty prawne „Królestwa Polskiego”, którego formalnym władcą była Rada Regencyjna: to ona przekazała formalnie swoje prerogatywy Józefowi Piłsudskiego w dniu 14 listopada 1918 r. W oczach współczesnych istniała pełna ciągłość władz państwowych „Królestwa Polskiego”, powołanego przez Akt Dwóch Cesarzy z dnia 5 listopada 1916 r. również po 1918 r., nawet zachowano ciągłość numeracji Dziennika Ustaw przed i po 11 listopada 1918 r. – tyle tylko, że po cichu zrezygnowano z monarchii: a Rada Regencyjna miała swojego przedstawiciela przy rządzie bolszewickim, podobnie jak w cesarskim Berlinie, bo Pokój Brzeski zakończył wojnę między Państwem Niemieckim oraz Cesarstwem Austro-Węgierskim oraz Rosją „reprezentowaną” przez bolszewickich uzurpatorów. Co prawda nie dopuszczano przedstawicieli powołanych przez okupantów „władz polskich” Królestwa Polskiego, czyli Rady Regencyjnej i mianowanych przez nią „rządów Królestwa Polskiego”, choć Pokój Brzeski bezpośrednio dotyczył pośrednio również tych władz, gdyż usuwał istniejący na jego terytorium stan wojny. Zresztą potwór pseudopaństwowy pod rządami Rady Regencyjnej nie był formalnie w stanie wojny z Rosją, mimo nacisków ze strony niemieckich protektorów.

     Jakie płyną z tego wnioski? Państwo Polskie, które my dziś nazywamy już „niepodległym”, będące prawną kontynuacją „Królestwa Polskiego” utworzonego przez dwóch niemieckojęzycznych cesarzy, mogło prowadzić negocjacje z władzami bolszewickimi, do których było im dużo bliżej – zarówno w sensie politycznym, jak i osobistym – niż do Państwa Rosyjskiego, które już wtedy było republiką. W końcu pociągi, które przywiozły do Piotrogradu (w 1917 r.) i Warszawy (w 1918 r.) przyszłych władców tych państw, przyjechały z Berlina, a przywiezieni politycy korzystali ze wsparcia finansowego władz niemieckich. Przypomnę, że w listopadzie i grudniu 1918 r. ówczesna prasa polska zarzucała, że poseł niemiecki przy rządzie Jędrzeja Moraczewskiego – znany nam dobrze hrabia Harry von Kessler – zapewnił finansowe wsparcie dla tego rządu w wysokości… 20 mln ówczesnych marek (niemieckich), co było sumą już porównywalną ze wsparciem dla władz bolszewickich. Nikt nie zdementował tej informacji w piśmiennictwie historycznym, które woli na ten temat milczeć. Bezspornie z czegoś finansowano rząd powołany przez Józefa Piłsudskiego, który to rząd mianował go Tymczasowym Naczelnikiem Państwa. Wrócimy do tego tematu w innym miejscu. Brak było przeszkód dyplomatycznych do prowadzenia między władzami w Warszawie i Moskwie. Co prawda trwały w tym czasie walki między wojskiem polskim Armią Czerwoną, które jednak były przerywane długimi okresami ciszy, a gdy wznowiono je, były prowadzone niezbyt intensywnie.

     Najistotniejsze było to, że od lat istniały osobiste znajomości między „socjalistami” reprezentującymi obie strony, przy czym bolszewików reprezentowali ludzie, dla których oczywistych językiem była mowa polska i nigdy nie byli Rosjanami, nawet naturalizowanymi. Najważniejszym z nich był dr Julian Marchlewski, osoba nietuzinkowa, wydawca książek Stefana Żeromskiego, intelektualista, ktoś znany i szanowany w środowiskach lewicowych Polski, Niemiec i Rosji. W 1919 r. był przedstawicielem Rady Komisarzy Ludowych do spraw kontaktów z władzami polskimi. To on przewodniczył delegacji prowadząc rozmowy w Mikaszewicach, a potem – w 1920 r. – był szefem „Polrewkomu”, czyli tworzony przez bolszewików władzy w „Polskiej Republice Rad”. Przypomnę, że do 1922 r. „republiki rad” były odrębnymi „państwami” (republiki takie powstały również na terenie Węgier i Bawarii) i nie wchodziły w skład jakiejś będącej państwem federacji. W najważniejszym dla nas roku 1919 walki polsko-bolszewickie nie przeszkadzały strategicznej współpracy obu stron, bo łączyła je wrogość wobec Rosji, którą udało się – dzięki zawieszeniu broni na polskim froncie – pokonać bolszewikom właśnie w tamtym roku. Bezspornie prowadzone w tym czasie walki nie przeszkadzały wzajemnym relacjom oraz pozytywnym deklaracjom politycznym co do ustalenia wzajemnych granic. Znane są oferty płynące z Moskwy co do przyszłej wschodniej granicy Polski, która chciała ukształtować się znacznie dalej na wschód niż określono ją ostatecznie po Pokoju Ryskim w 1921 r. Dlaczego nie przyjęliśmy tejże propozycji? Przecież za rok dostaliśmy mniej, w dodatku za cenę wielkich strat poniesionych w czasie Wyprawy Kijowskiej i wojny obronnej trwającej aż do wrześnie 1920 r.: wtedy otrzymaliśmy to za darmo, a do dziś nikt nie oszacował wzajemnych strat poniesionych przez Polskę w tym roku. W literaturze powtarza się dość okrągła liczba 200 tys. zabitych i dwukrotnie większej liczby rannych. Jest to prawdopodobne, bo wtedy po raz jedyny w historii mieliśmy pod bronią około miliona żołnierzy, czyli więcej niż w 1939 r. Przyczyny odrzucenia bolszewickiej oferty są znane: polityką zagraniczną rządził Józef Piłsudski, który chciał utworzyć jakąś federację polsko-ukraińską, czyli państwo, w którym Polska ograniczyłaby się do byłej Kongresówki i Zachodniej Galicji, o czym już nie bardzo chcemy pamiętać. Państwa Ententy w tym czasie zatwierdziły granicę wschodnią Polski na linii Curzona, czyli mniej więcej w kształcie obecnym (bez Białegostoku); dalej były „ziemie rosyjskie”, z których Piłsudski chciał wydzielić podporządkowaną Polsce „samotnijną Ukrainę”. Stąd geneza Wyprawy Kijowskiej na wiosnę 1920 r.; jej klęska i późniejsza wojna już na ziemiach etnicznie polskich. Wyprawa ta była bardzo potrzebnym precedensem dla bolszewików, którzy skutecznie wezwali pod swoje sztandary tysiące rosyjskich oficerów w imię „obrony Matki Rosji”.

     Czyli prawdziwa wojna polsko-bolszewicka zaczęła się dopiero w 1920 r. i niewiele brakowało, abyśmy stali się już wówczas Polską Republiką Rady.

 

    

Witold Modzelewski

Skontaktuj się z naszą redakcją