Serwis Doradztwa Podatkowego

Szkice polsko-rosyjskie: historia poprawiona

     Wszyscy świadomie, a częściej nieświadomie często popełniamy ten sam błąd: zaglądamy w przeszłość przez współczesne okulary i odczytujemy, a dokładnie to interpretujemy czas przeszły tak jakby działa się współcześnie. Pozornie przenosimy w wyimaginowaną przeszłość, dziejącą się przecież tylko w naszej wyobraźni, współczesne pojęcia a nawet słowa, które miały kiedyś zupełnie inną treść albo nawet ich nie było. W naszej świadomości ożywiamy postacie i zdarzenia z przeszłości przypisując im myśli i słowa, których ówczesna treść była cokolwiek inna niż obecnie. Oczywiście jest to często stosowany zabieg służący tworzeniu historycznej wspólnoty o ponadczasowym znaczeniu, co jednak oznacza, że współczesny obraz przeszłości prezentuje już poprawioną „lub uwspółcześnioną historię”. W jakimś sensie współczesne byty zwane Polską „i Polakami są właśnie wynikiem wieloletniego” uwspółcześnienia” przeszłości, czyli poprawiania jej obrazu tak, aby był nam bliższy. Nie chcę sięgać aż tak daleko choćby do czasów Jagiellonów, których usilnie polonizujemy, mimo że do ostatniego dynasty, czyli już wskroś renesansowego Zygmunta Augusta, byli oni przede wszystkim władcami litewsko-ruskimi, co wtedy oznaczało coś zupełnie innego niż współcześnie. Ich związek z ruską oraz postpogańską tradycją rodu Giedyminowiczów nie osłabił przez prawie dwieście lat ich rządów na krakowskiej stolicy. O tym możemy się dziś przekonać np. z opisów pogrzebu jego żony Barbary Radziwiłłówny, które ujawniły dość mroczną i na wskroś nie polsko-katolicką świadomość ostatniego z koronnych potomków Gedymina. Ale również ówcześni etniczni Polacy cokolwiek różnili się nie tylko w stroju i mowie od nas współczesnych. Nie dziwi to nas, bo było to dostatecznie dawno. Co ponoć wiele tłumaczy. Ale sięgnijmy dużo bliżej. Przed stu laty, w ważniejszych dla naszej współczesności roku 1919, spotykamy wiele ważnych postaci, których słowa i czyny są w przekonaniu wielu czytelne i ważne do dziś. Natomiast wielokrotnie powtarza się tezę, że do dziś „rządzą Polską dwie trumny: Dmowskiego i Piłsudskiego”, a my zawzięcie stawiamy im kolejne pomniki i ustanawiamy ich patronat nad kolejnymi ulicami lub placami. Czy jednak dobrze znane i upowszechnione myśli np. tych dwóch polityków mają faktycznie znaczeni i treść współcześnie? Naprawdę zadałem sobie trud, a zacząłem to robić już we wczesnej młodości, aby przeczytać to, co napisali lub co odnotowali inni, cytując ich słowa i myśli. Ich oryginalna treść może być dla nas zaskakująca lub wręcz szokująca. Byli np. zgodni co do tego, że Polakami są tylko ci, którzy mówią po polsku i przynależą etnicznie i religijnie do polskiej wspólnoty i nie przyszłoby im do głowy użyć tego określenia do Żydów czy Rusinów (Białorusinów i Małorusinów, czyli w języku współczesnych – Ukraińców). Mówiący po polsku ziemianie i postszlachecka inteligencja urodzona i wychowana na ziemiach byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego nie uważała się za pod koniec XIX wieku „Polaków” tylko właśnie za „Litwinów”, a sam Piłsudski w prywatnych rozmowach nazywał siebie właśnie Litwinem.

     W stosunku do obcych ludów tak rozumianej Polski, które zamieszkiwały tereny byłej Pierwszej Rzeczypospolitej, sformułowano jeden program: asymilacji, czyli spolszczenia, co wynikało (jakoby) z naszej przewagi kulturowo-cywilizacyjnej. Przypomnę, że podobny stosunek do Polaków mieli (i mają do dziś) Niemcy, którzy przez ostatnie prawie dwieście lat asymilowali, czyli zniemczyli miliony Słowian, w tym wieku etnicznych Polaków, m.in. dziadek Angeli Markel był zniemczonym Polakiem (nazywał się Kaźmierczak), a najbardziej elegancką i na wskroś niemiecką restancję międzywojennego Berlina prowadzili reichsdeutsch o nazwisku… Kempinowski. Już przed stu laty wielu światłych Brandenburgów a nawet Prusaków wymazało pogląd, że siłą ich społeczeństwa tworzą właśnie zniemczeni Polacy, a odrodzenie demograficzne ich ludów nastąpi tylko wtedy, gdy „ich” Polacy zostaną zasymilowani (zniemczeni). Tu należy widzieć genezę kategorii folksdojczów.

     Analogiczne myśli chodziły po głowach polskim politykom sprzed stu laty, którzy chcieli „polonizować”: Rusinów, Niemców, Litwinów i katolickich chłopów a nawet Żydów, przed czym słusznie przestrzegali nieprzychylni polscy eksperci, m.in. znany już nam Lewis Namier. Efektem dwudziestoletniej „polonizacji” lat 1919 – 1939 r. było to, że mniejszość niemiecka z radością witała w czasie kampanii wrześniowej wkraczające wojska niemieckie, a Rusini i Żydzi budowali brany tryumfalne dla Armii Czerwonej. Dopiero w Polsce dla Polaków, utworzonej w 1945 roku przez Wielką Trójkę przy jawnym lub cichym poparciu polskiej inteligencji, dokonano „czystek etnicznych”, czyli wywieziono tych, którzy nie nadawali się na Polaków (nawet gdyby chcieli nimi zostać) a przywieziono (również z zachodu, np. z Francji) tych, którzy Polakami być chcieli. Po ponad siedemdziesięciu latach pokoju dokonała się nieporównywalna przedwojenna polonizacja ogółu mieszkańców naszego kraju i dziś Polakiem jest każdy, kto mówi po polsku niezależnie od etnicznego pochodzenia, wyznania albo jego braku oraz świadomości kulturowej. Sprzyjała temu eksplozją demograficzną z czasów Polski Ludowej, uwłaszczona „przez komunistów” chłopska wieś zaludniła opuszczone lub wymordowane miasta. Nasza współczesna polska podmiotowość już dość odbiła się od jej międzywojennych wizji, które nie w sposób naturalny obumarły w czasie wojny i w latach powojennych. Dla współczesnych Polaków, których tożsamość narodowa jest dużo głębsza niż się nam pozornie wydaje - ważne jest to, co jest dziś i będzie jutro, a przeszłość - nawet ta niezbyt odległa - nie rodzi sporów, gdyż jest mało ważna. To politycy „odgrzewają” usilnie antyrosyjskie i antyniemieckie fobie, które dla większości nie mają żadnego znaczenia. Nasza współczesna zdolność asymilacji przybyszów są o niebo większe niż w czasie międzywojennym, bo nie chcemy tego robić na siłę, ostrożnie dawkujemy napływ imigrantów dla których nie jesteśmy państwem wrogim, lecz ich „ziemią obiecaną”.

     Dlatego możemy sobie pisać kolejną wersję poprawionej historii i będzie ich jeszcze wiele wersji. Czy to jest groźne? Bynajmniej, bo przeszłość – i ta prawdziwa i ta „uwspółcześniona”, nie ma już dziś większego znaczenia.

 

    

Witold Modzelewski

Skontaktuj się z naszą redakcją