Serwis Doradztwa Podatkowego

Szkice polsko-rosyjskie: o urojonej wojnie plemiennej, czyli odwieczny, „klasowy” spór między biednymi i bogatymi

     Nie raz słyszałem, że nasze społeczeństwo podzieliło się na dwa plemiona „pisiorów” i „antypisiorów”, podział ten jest głęboki, ideowy, a wykonane między nimi rowy „trzeba będzie zakopywać długo, nawet przez kilka pokoleń”. Twórcami teorii plemiennej są jednak jawni lub niejawni zwolennicy „antypisu”, czyli wszystkich, których łączy jeden cel: odsunąć ICH wszelkimi możliwymi metodami od władzy, a potem „będzie już tak jak było”, czyli wrócą stare, dobre czasy Ewy Kopacz. Jeśli dobrze pojmuje argumentację twórców tej teorii, to w naszym kraju w ciągu zaledwie trzech lat powstało plemię tych, którzy są z gruntu antyliberalni, chcą nas wyprowadzić z Unii Europejskiej, mimo antyrosyjskiej retoryki są kryptozwolennikami prezydenta Władymira Putina, a w polityce wyłącznie korumpują wyborców poprzez rozdawnictwo pieniędzy (czyli „PiS da”). Jako sprzeciw przeciwko ZŁU powstała szeroka koalicja wszystkich miłośników demokracji, Unii Europejskiej, obrońców Konstytucji oraz naszej odwiecznej przynależności do Zachodu. Wszystkie przyznane przez PiS przywileje dla biedoty oczywiście będą zachowane – trzeba ICH tylko odsunąć od władzy.

     Podział plemienny odwołujący się do dychotomii (dobro-zło), jest prosty, czytelny i zrozumiały – nawet dla liberała. Nie ma już polskiego rządu, jest „rząd PiS”, a rząd będzie znów Polski, gdy wrócą do władzy zasłużeni dla liberalnej demokracji ludzie jak np. Jan Rostowski i jego „społeczni doradcy”. Po nieuchronnym zwycięstwie dobra nad złem przyjdzie czas rozliczyć się z przeszłością a nawet zemsty, bo wyrządzone zło jest zbyt bolesne.

     Część z nas wierzy w diagnozę o plemiennym podziale Polaków, co najważniejsze, potwierdzają jej wagę autorytety, zwłaszcza wspierające od zawsze prozachodni kurs naszej ojczyzny. Diagnoza ta znajduje również historyczne potwierdzenie, bo w międzywojniu wzajemne stosunki endeków do socjalistów z Piłsudskim na czele były jeszcze bardziej wrogie: dochodziło do rękoczynów i mordów, zwłaszcza w wykonaniu sanacyjnych siepaczy. Na tym tle nasze współczesne plemienne wojny wyglądają zgoła niewinnie. Sadzę, również, że analogia jest fałszywa, zwłaszcza że oba współcześnie wrogie plemiona mają wśród swoich ikon Józefa Piłsudskiego, choć dzielą zasadniczo w przypadku oceny drugiego „twórcy niepodległości”, czyli Lecha Wałęsy.

     Nie sięgamy do historycznych analogii aby potwierdzić sens obecnego podziału. Mimo że lidera obecnej większości parlamentarnej określa się – podobnie jak Piłsudskiego – mianem „naczelnika państwa”. Szczęśliwie w niczym nie przypomina on przedwojennego dyktatora, którego brutalny stosunek do przeciwników politycznych (prawdziwych i wyimaginowanych) nie mieści się w obecnych wyobrażeniach o funkcjonowaniu sceny politycznej. Nie te czasy, nie ci ludzie (i bardzo dobrze). Moja diagnoza obecnego podziału jest zupełnie inna, a dla jej wyjaśnienia warto odwołać się do starego jak świat podziału między bogatymi a biednymi, czyli do zapomnianej już – i bardzo niepoprawnej – logiki klasowej. Trzecia RP stworzyła wielkie i stabilne obszary relatywnej biedy i wykluczenia. Nikt już co prawda nie głoduje, co się przed wojną zdarzało nie tylko w rodzinach małorolnych chłopów, ale wielki odsetek społeczeństwa został wepchnięty – wraz z całymi regionami Polski – w pułapkę bardzo niskich dochodów bez braku perspektywy poprawy. Trzydzieści lat to bardzo długo: o połowę więcej niż całe międzywojnie. Wszystko co mogło się stać, stało się, a powstały system uzyskał zdolność przetrwania i reprodukcji swoich cech. Ponad dwa miliony ludzi uciekło z tego raju zaludniając dzielnice imigrantów – od Londynu i Berlina – po miasta Norwegii a nawet Islandii. Najgorzej, że ci, którzy pozostali, uwierzyli w ciążące na nich fatum złego losu. Od prawie czterech lat jednak rządzi w Polsce większość, która upomniała się o ich los przeznaczając na jego poprawę środki z budżetu państwa. Na sam program 500+ dano już prawie 70 mld zł, co przecież nie mieściło się w wyobrażeniach wszystkich lewicowych (!) i liberalnych rządów naszego kraju. Nastąpił bezprecedensowy wzrost poziomu życia wykluczonej większości, a zwłaszcza rodzin wielodzietnych. Cechą Trzeciej RP było połączenie wielodzietności ze skrajnym ubóstwem. W tym roku 10 mld zł otrzymają emeryci (kolejna enklawa biedy) oraz kolejne 10 mld zł uzyskują rodzice na pierwsze dziecko. Okazuje się, że stać nas na to, a z ust liberalnych „autorytetów ekonomicznych” wiedzieliśmy dobrze, że „piniędzy na to nie ma, nie było i nie będzie”.

     Ale nie będę się znęcać nad autorami tych tez: to już (mam nadzieję) nie wróci. Biedni nie są żadnym „plemieniem”: łączy ich niechciane i niezasłużone ubóstwa i to bardzo mocne spoiwo. Ci, którzy chcą ulżyć ich doli nie są żadnymi „populistami”, lecz … prawdziwą lewicą, taką w dziewiętnastowiecznych podręczników, nawet gdy uważają się za „prawicę”. Wrażliwość na biedę jest szlachetną cechą: daje przewagę nie tylko moralną, ale racjonalną, bo rozwija się tylko taki kraj, który ma zasobną większość, chroniący przed ubóstwem wszystkich, którzy wymagają pomocy i da im się pomóc. Jest to też źródłem zarobku dla biznesu oraz podstawą stabilizacji społecznej i politycznej. Dlaczego obrońcy liberalnego dorobku Trzeciej RP przegrają w demokratycznych procedurach, nawet gdy będą zaklinać się, że po zwycięstwie nie zmienią polityki społecznej PiS-u.

    Jeśli biedna większość narodu ma perspektywę lepszego życia, to chyba sprawy toczą się w dobrą stronę. Wojny nie będzie, więc mamy szanse na trwale zasobne państwo, które uczy się na cudzych a nie tylko swoich błędach. Oby tylko ktoś skutecznie naprawił finanse państwa, bo bez pieniędzy publicznych nie wyrwiemy się trwale z naszej historycznej, polskiej biedy.

 

Witold Modzelewski

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego

Instytut Studiów Podatkowych

Skontaktuj się z naszą redakcją