Serwis Doradztwa Podatkowego

Szkice polsko-rosyjskie: pacyfikacja Niemiec w okresie po 1945 r. nie była czymś nieuchronnym

     W zgodnym w tym zakresie piśmiennictwie historyków (wszystkich – wschodnich i zachodnich) powtarzany jest aksjomat, że czas po drugiej wojnie światowej MUSIAŁ BYĆ całkowicie inny od międzywojnia, gdyż militarne, polityczne i prawne zakończenie obu wielkich wojen, a dokładnie dwa przypadki pokonania Niemiec w 1918 r. i 1945 r., miały zupełnie inną treść i sens. To pierwsze zwycięstwo było płytkie i niepewne, Niemcy zostały upokorzone, lecz faktycznie niepokonane militarnie, zachowały ciągłość elit, chciały zemsty i mogły jej dokonać. W związku z tym szybko odbudowały potęgę militarną i w rewanżu wywołały kolejną, jeszcze bardziej niszczycielską wojnę, którą znów przegrały. Natomiast drugie pokonanie Niemiec – po kolejnej wojnie – nie wiadomo dlaczego MUSIAŁO BYĆ „skuteczne” i „definitywne”. Jego skutkiem również musiała być (dlaczego?) denazyfikacja, demilitaryzacja oraz podział na dwa państwa na ponad 40 lat, co „na zawsze” usunęło niemieckie zarzewie kolejnej wojny.

     Prawda, że podzielimy te poglądy? Są przecież „oczywiste”. Tak musiało być, ów determinizm historyczny był uwarunkowany (jakoby) nieuchronnymi wnioskami wyciągniętymi przez Wielką Trójkę z katastrofy systemu wersalskiego. Przywódcy zwycięskich w drugiej z wielkich wojen mocarstw byli więc dużo mądrzejsi złym doświadczeniem przeszłości i stanęli na wysokości zadania likwidując świadomie i celowo niemieckie źródło wojen światowych. Realizacja tego programu była (jakoby) nieuchronna.

     Otóż niekoniecznie tak musiało być, a powojenne Niemcy po 1945 r. wcale nie „musiały” tak różnić się od wersji tego państwa z lat 1919-1939. O dalszym obrocie spraw – jak zawsze – zadecydował splot przypadków mających miejsce właśnie w 1945 r., ale po kolei. Militarne załamanie Niemiec w czasie drugiej z wielkich wojen nastąpiło bardzo późno, praktycznie dopiero w kwietniu 1945 r., a w ostatniej dekadzie tego miesiąca wojska niemieckie były jeszcze zdolne do działań zaczepnych: poznaliśmy ich siłę na własnej skórze w bitwie pod Budziszynem w okresie od 23 do 29 kwietnia 1945 r. Strategicznym celem całości niemieckich sił zbrojnych w dniu załamania było poddanie się na froncie zachodnim aby wejść w jurysdykcję anglosasów, z którymi wiązano daleko idące nadzieje na utworzenie wspólnego „antybolszewickiego frontu”. Trudno znaleźć pełne dane ale w kwietniu 1945 r. wojska niemieckie liczyły ponad 2 mln żołnierzy, posiadały – co prawda kurczące się – ale jeszcze duże zasoby sprzętu i wyposażenia, a przede wszystkim zachowały całość kadry dowódczej i większość wyższych oficerów: sposób prowadzenia wojny przez to państwo jest od wieków ten sam: giną żołnierze (taki ich los), a dowódcy przeżywają i piszą historię „chwały niemieckiego oręża”. Gdyby ta armia trochę dłużej wytrzymała natarcie wojsk radzieckich i poddała niezajęte jeszcze przez „bolszewików” terytorium niemieckie pod władztwo amerykańsko-brytyjskie, sens uzgodnionych w Jałcie stref okupacyjnych stałby się prawdopodobnie nieaktualny, a na zachód od Polski powstałaby wielka strefa okupacyjna Amerykanów i Anglików. Równie nieprawdopodobne jest to, że ich wojska mogłyby się wycofać ze środkowych i wschodnich Niemiec, czyli nie powstałaby radziecka strefa okupacyjna. A to miałoby istotne skutki: nie byłoby późniejszego podziału Niemiec, który spacyfikował je na ponad 40 lat, a może i na dużo dłużej. Hitlerowscy politycy i wojskowi szybko dogadaliby się z okupantem i doprowadzili do odtworzenia „wielkich Niemiec”, a nasze potencjalne nabytki terytorialne kosztem tego państwa stanęłyby pod znakiem zapytania. Jeżeli nawet sięgnęlibyśmy po granicę na Odrze i Nysie, to zrodziłoby to jeszcze większy rewanżyzm wśród Niemców niż w okresie międzywojennym. O jakimkolwiek nawet pośrednim uznaniu tej granicy moglibyśmy sobie tylko pomarzyć, a „ostateczne rozwiązanie” problemu polskiego sprowadziłoby się do „Polski w jej etnicznych granicach” (takie stanowisko od stu lat prezentują państwa anglosaskie), czyli kolejnej mutacji Księstwa Warszawskiego. Na nasze szczęście ponad jedną trzecią Niemiec zdobyły wojska radzieckie pacyfikując skutecznie ich polityczną i militarną chęć rewanżu. Na długo. Miejmy nadzieję, że jeszcze na wiele lat, mimo że bez sensu zgodziliśmy się na anschluss terenów byłego NRD przez zachodnie Niemcy. Teraz mamy je tuż za Odrą i Nysą.

     Wniosek jest dość oczywisty: nasze obecne granice oraz ponad siedemdziesiąt lat pokoju zawdzięczamy sektom tysięcy poległych w 1945 r. żołnierzy radzieckich (teraz się mówi „sowieckich”), którzy pokonali wojska niemieckie, podbili połowę jego terytorium, z czego oddano nam prawie jedną trzecią i zlikwidowali, również dosłownie, hitlerowskie i nacjonalistyczne elity niemieckie na swoich terenach. Skutecznie i bez reszty – tak jak wcześniej wyniszczali elity starej Rosji. Powstałe po 40 latach zjednoczone Niemcy są kontynuacją tego dzieła, czego najlepszym przykładem jest kariera wywodzącej się z NRD Angeli Merkel. Dlatego warto pamiętać o cmentarzach tych, którzy zginęli po to, abyśmy mogli żyć w pokoju i brać się za łby w beznadziejnie głupiej walce politycznej.

 

Witold Modzelewski

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego

Instytut Studiów Podatkowych

Skontaktuj się z naszą redakcją