Serwis Doradztwa Podatkowego

Szkice polsko-rosyjskie: refleksje na temat naszych (i obcych) rządzących elit

     Otto von Bismarck, swego czasu wieloletni kanclerz Drugiej Rzeszy (i jednocześnie premier rządu pruskiego – łączącą te funkcje) powiedział, że ówczesnym cesarstwem rządzili faktycznie biurokraci, a nie jego władca – Wilhelm II. Ów władca realizował wówczas program tzw. rządów osobistych, czyli chciał ograniczyć władzę otaczających go klik, które opanowały (zdobyły) ministerstwa i inne urzędy centralne. I chyba miał rację.

     Jest to teza do dziś aktualna z tą różnicą, że w miejsce „cesarza” powinniśmy wstawić demokratycznie wybrany parlament, a nawet liderów większości parlamentarnej. Ich wpływ na rzeczywiście realizowaną politykę przez „właścicieli” konkretnych urzędów jest równie niewielki, podobnie jak ówczesnego cesarza niemieckiego; gdy „suweren” chciałby wymóc na biurokracji realizację programu wyborczego zwycięskiej wielkości, spotka się nie tylko z oporem, wręcz sabotażem ze strony urzędników, a wolne media oskarżą go zapędy dyktatorskie (skąd my to znamy?). Np. u nas – od ponad ośmiu lat – resort finansów realizuje „swój program”, który stworzył zagraniczny biznes podatkowy.

     Trzeba przypomnieć, że opisywane dziś (musiało minąć sto lat, aby ktoś odważył się rzetelnie opisać tamten czas) rządzone ówczesnym cesarstwem niemieckim kliki budzą w nas zażenowanie lub często zwykły wstręt. Najwyżsi dygnitarze tego państwa zajmowali się głównie wyniszczaniem innych dygnitarzy, walka koterii pochłaniała ich większość sił i czasu, przy czym wzajemna wrogość nie miała nic wspólnego z realizacją lub brakiem realizacji jakiekolwiek programu publicznego. Osią podziałów była wrogość między grupami homoseksualistów walczących o względy naczelnego geja tamtego państwa, czyli Wilhelma II. Nie było między nimi litości: grupa odtrąconych faworytów pod wodzą sekretarza stanu Friedricha von Holsteina postanowiła przy pomocy dziennikarza Maxymiliana Hardena zniszczyć (i zniszczyła) grupę nowych faworytów cesarza z Filipem zu Eulenburgiem, co też władca przypłacił załamaniem nerwowym oraz trwałą degradacją psychiatryczną i tak niezbyt silnej osobowości. Elity polityczne tego państwa, wywodzące się z wielowiekowych rodów arystokratycznych, składały się z większości z wyjątkowych wręcz kreatur: tylko nikczemność, podłość i nieprawdopodobna mściwość dawały szanse przetrwania. Te podstawy kształtowały kolejne pokolenia ich następców, którzy musieli uczestniczyć w tak pojmowanej „praktyce rządzenia” tylko po, to aby przetrwać.

     Zapewne widziany z bliska obraz „elit” Drugiej i Trzeciej Rzeczypospolitej, a zwłaszcza – jak każe obowiązująca poprawność – Polski Ludowej, nie był o wiele lepszy. Na ich rzetelny opis będziemy musieli poczekać, bo groźba procesów odszkodowawczych, a nawet karnych ze strony obrońców „dobrego imienia” obecnych lub byłych dygnitarzy ogranicza obiektywizm przekazu. Wyjątkiem są komisje śledcze, które ujawniają część prawdy o kondycji intelektualnej i moralnej rządzących grup. Wystarczy wspomnieć byłego szefa resortu finansów i jego „społeczną doradczynię” wywodzącej się z firmy zajmującej się unikaniem opodatkowania na skalę międzynarodową.

     Jeśli jednak prawdą jest teza, że plebejskie elity wszystkich kolejnych wersji naszego kraju mijającego stulecia niewiele różnią się od klik rządzących w „starych” i „stabilnych” monarchiach lub demokracjach, to upada jeden z naszych mitów założycielskich przy pomocy którego tłumaczymy (tłumaczy się nam?) sobie naszą słabość. Wyznawcy tego mitu myślą mniej więcej tak: niska jakość naszej państwowości wynika stąd, że nie mamy „elit” (takich jak na „zachodzie”), bo nasze zostały (jakoby) wyniszczone przez „zaborców” lub „komunistów”. A ONI mają wielowiekowe elity i dalej są skazani na sukces. Złośliwie dam przykład ich „elit” w postaci wiecznie pijanego szefa jednego z najważniejszych organów Unii Europejskiej, czy też równie niezbyt trzeźwej osoby będącej swego czasu premierem najstarszej monarchii konstytucyjnej świata. Ów mit ma charakter wręcz rasistowski, powtarza niemiecką opinię o Polakach, którzy „nie umieją sobą rządzić”, czyli są narodem na „niższym poziomie rozwoju”. I my mamy w to wierzyć. I prawdopodobnie uwierzyliśmy i utrzymują nas w tym przeświadczeniu wolne media. Jedynym wyjściem jest więc powierzenie rządów elitom „wykształconym na zachodzie”, które lepiej wiedzą co jest dobre dla niedorozwiniętych dzieci, którymi (jakoby) wciąż jesteśmy.

     Pozwolę sobie jeszcze raz wrócić do przeszłości i przypomnieć malowane najczarniejszymi barwami obrazy rosyjskiej klasy rządzącej ostatniego dziesięciolecia tamtej Rosji (lata 1907-1917): wszechwładna głupota wszelkich dygnitarzy pod rządami „Gryszki” Rasputina. Upadek na same dno. Obraz ten miał uzasadniać „nieuchronność” nadchodzącej katastrofy w postaci obu rewolucji z 1917 r.: „lutowej” i „październikowej”. Problem w tym, że w takich samych barwach można odmalować rządzącą klasę większości ówczesnych państw, a postępująca w tym czasie „przecena koron” nie wymagała tylu miliardów, które pochłonęła niemiecka i amerykańska inwestycja w bolszewizm. Nie warto więc czytać opiniotwórczych znawców ówczesnej Rosji.

     Wracając do naszego podwórka: już pora abyśmy przestali dawać się ogłupiać i uwierzyli, że nasza klasa rządząca (nie używam słowa „elita”) nie jest na tym tle przesadnie gorsza i jej jedyną przewagą jest to, że jest „nasza”. Czy aby na pewno jej „naszość” jest tak oczywista?

Witold Modzelewski

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego

Instytut Studiów Podatkowych

Skontaktuj się z naszą redakcją