Serwis Doradztwa Podatkowego

Szkice polsko-rosyjskie: skwer generała Hansa von Beselera

     Stulecie umownej daty odzyskania naszej państwowości przypomniało postacie tamtego czasu, w tym również generała Hansa Hartwiga von Beselera będącego w latach drugiej niemieckiej okupacji ziem centralnych Polski kimś bardzo ważnym. Już tłumaczę dlaczego użyłem określenia „druga” a nie „pierwsza” okupacja (kolejna była w latach 1939 – 1945). Nasz wciąż obowiązujący dwudziestowieczny centryzm nakazuje przesuwać poza margines istotności wydarzenia poprzednich stuleci. A przecież zamiar włączenia do państwa pruskiego ziem centralnej Polski został po raz pierwszy zrealizowany już w latach 1797-1806; gdy po trzecim rozbiorze powstały „Południowe Prusy Wschodnie” a Warszawa (Warschau) stała się stolicą tego tworu. Nie bez powodu ów okres nazywany był w powoli zapomnianej literaturze „pruska Warszawą”. Zmiecione przez Bonapartego wojska pruskie w krótkiej i zwycięskiej kampanii roku 1806 na ponad sto lat wyeliminowały z polityki Berlina problem centralnej Polski, zwłaszcza że nasze ziemie pozostające pod ich zaborem dostarczały władzom pruskim dostatecznie dużo zmartwień. Mimo, a może właśnie dzięki tępocie antypolskiej polityki realizowanej w „rejencji poznańskiej”, która – mimo zaangażowania wielkich środków w germanizację tych ziem - a nie przyniosła istotnych rezultatów, słabły ambicje poszerzania państwa pruskiego o kolejne kilka milionów Polaków. Znana jest rozmowa między pruskim królem a carem Mikołajem I z lat czterdziestych dziewiętnastego wieku na nasz temat, gdzie na pytanie, czy jeden z władców chce przejąć od drugiego jego część ziem Polski, padła wieloznaczna odpowiedź: „dziękuję, ma jej dość”.

     Problem centralnej Polski w polityce cesarsko-niemieckiej po 1870 roku, realizowanej jednak przez Prusaków, nie różniących się zbytnio od swoich poprzedników z pierwszej połowy dziewiętnastego wieku (byli równie aroganccy, ksenofobiczni i prymitywni w stosunkach z Polakami), wraca po zajęciu ziem Kongresówki w 1915 roku, co zrodziło również karierę wspomnianego na wstępie generała. W tych czasach był już jak na ówcześnie realia człowiekiem wiekowym a funkcja szefa niemieckiego Generalnego Gubernatorstwa z siedzibą w Warszawie będącego formą rządów okupacyjnych, była szczytem jego kariery. Koniec jego warszawskich rządów był żałosny – po cichu uciekł na statku do niemieckiego jeszcze Torunia, potem w ogniu krytyki był nękany przez władze Republiki Weimarskiej, co doprowadziło go do jego szybszej śmierci. Umarł w poczuciu przegranej, oskarżony o nieudolność, głupotę, a nawet – co z naszego punktu widzenia jest kompletnym absurdem – o „sprzyjanie Polakom”. Jego przysłowiowe, warszawskie „pięć minut” (lata 1915 – 1918) miało jednak dużo większe znaczenie w naszej historii niż sądzą historycy. To za jego rządów nastąpiło zawłaszczenie przez mówiących po polsku niemieckich nominatów polskiej symboliki, której używano wyłącznie w interesie okupantów. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to problemem drugorzędnym. Czy patriotyczna symbolika miała aż tak istotne znaczenie? Przecież – jak chcemy dziś myśleć – ważniejsze jest to, co czujemy i mówimy, bo „Polska jest w nas i przed nami”. To bardzo współczesne pojmowanie polskości. Wtedy, przed stu laty przechowano ją głównie w sentymencie do symboliki: Orła Białego, flagi (miała wtedy dwie wersje: biało – czerwoną i czerwono – białą) oraz do kilku pieśni, w tym najważniejszy – „Boże coś Polskę” („Mazurek Dąbrowskiego” był dużo mniej popularny wśród tzw. elit). Niemcy, traktujący nas podobnie jak Hans Hartwig von Beseler, jak niesforne, niedojrzałe politycznie dzieci (często to mówił i pisał), posługując się cynicznie tymi symbolami, ogłupiali nas w celu umożliwienia bezprzykładnego rabunku tych ziem, co było - tak jak wtedy, jak i teraz – najważniejszym celem „polenpolitik” władz w Berlinie. Oczywiście nie jedynym, bo celem długookresowym było „wychowanie” posłusznych polityków polskich, którym symbolicznie można by oddać jakąś część władzy okupanta, a oni będą wiernie chronić interesy niemieckie „ w tym kraju”, będącym w dodatku jednym z wielu „małych państw narodowych” stanowiących Mitteleuropę ( skąd my to znamy?).

     Pragnę przypomnieć pewien wspomniany przez ówczesnych Polaków obrazek: w czasie gdy Beseler ogłaszał na Zamku Królewskim w dniu 5 listopada 1916 roku słynny Akt Dwóch Cesarzy, po jego wystąpieniu wojskowa orkiestra złożona z niemieckich maruderów odegrały właśnie „Boże coś Polskę”, co w oczach wielu „warszawskich dzieci” obecnych na tej sali wywołało łzy wzruszenia. Minął wiek, a my wciąż jesteśmy tak samo sentymentalni.

     Istotą polityki Beselera w stosunku do tego kawałka Polski było:

  • ograbienie tych ziem z żywności i surowców na potrzeby gospodarki niemieckiej,
  • likwidacja przemysłu, który mógłby być konkurencyjny w stosunku do przemysłu niemieckiego,
  • utworzenie przez niemieckich oficerów i dowódców wojsk składających się z Kongresowiackich Polaków (planowano zmobilizowanie łącznie około 860 tys. ludzi), które będą ginąć za cesarza Wilhelma II i jego następców (Polnische Wehrmacht),
  • przesunięcie na wschód ówczesnej granicy prusko – rosyjskich poprzez włączenie części ziem Kongresówki do państwa pruskiego,
  • tworzenie atrap polskiej państwowości złożonych przez polskojęzycznych polityków, które oczywiście reprezentowałaby „siły niepodległościowe” - te „władze” miały legitymować niemiecką grabież oraz ich polityczne, wojskowe oraz administracyjne władztwo na tych terenach.

     Pierwsze dwa przesunięcia zakończyły się pełnym sukcesem: ograbiono nas, a potężny bardzo nowoczesny przemysł Kongresówki, powstały po Powstaniu Styczniowym, przeszedł raz na zawsze do historii. Drugie dwa ale szczęśliwie dla nas skończyły się klapą: Polacy nie chcieli umierać w interesie Niemiec oraz nie udało się przesunąć na wschód ziem zaboru pruskiego. Natomiast ostatni, zrealizowany przy okazji cel „polenpolitik” Beselera okazał się najtrwalszy: w Warszawie przy władzy zostali niemieccy nominaci, a zwłaszcza Rada Regencyjna, która powołuje na warszawskiego wielkorządcę przewiezionego z Niemiec brygadier Piłsudskiego, a on stworzył obowiązujący do dziś wzorzec proniemieckich rządów w Warszawie.

     Być może polsko-niemieckiego pojednania oraz „wzajemnego wybaczenia win” doprowadzi do tego, że jakiś skwer lub nawet ulica w Warszawie zyska patrona w postaci Hansa Hartwiga von Beselera, zwłaszcza że władze miasta reprezentują od wielu lat nurt „europejski” i „liberalny”, który jest współczesnym kontynuatorem dzieła proniemieckich polityków sprzed kilku laty. Skoro swoje ulice, place i pomniki mają już wszyscy sanacyjni dygnitarze, to czas na upamiętnienie ich patrona.

 

Witold Modzelewski

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego

Instytut Studiów Podatkowych

Skontaktuj się z naszą redakcją