Serwis Doradztwa Podatkowego

Szkice polsko – rosyjskie: żegnamy Ukrainę, witamy Małorosję

     Miażdżące zwycięstwo komika z urzędującym dotychczas prezydentem, który w dodatku łączący ten urząd z bogactwem oligarchy, w wyborach prezydenckich na Ukrainie, zakończyło krótki, trwający kilkanaście lat okres „proeuropejski” okres w historii tego państwa. Niektórzy twierdzą, że ów szyderczy werdykt dokonany ponad siedemdziesięcioprocentową wielkością, był najbardziej lapidarną recenzją, jaką mogli dać obywatele tego państwa pomajdanowym „elitom”. Jest to również ostatni, tragikomiczny akord w historii tego państwa. Państwo ukraińskie w wersji ukształtowanej przez trójkę polityków: Timoszenko, Jaceniuka i Poroszenkę zakończyło definitywnie swój byt i nie będzie miało już kontynuacji. Decyzja wyborców już ostatecznie zamknęło przysłowiowe wieko do trumny na nieboszczkę „samostijną Ukrainę”, w dodatku „aspirującą do struktur europejskich i atlantyckich”. Pod rządami zawodowego komika państwa to pogrążać się będzie jeszcze w głębszym chaosie i samolikwidacji. W wariancie optymistycznym zachowa integralność terytorialną, stając się prędzej czy później Małorosją. W innym, niestety równie prawdopodobnym scenariuszu, nastąpi nie tylko rzeczywista, ale również jego formalna „likwidacja” poprzez podział na „księstwa” rządzone przez miejscowych oligarchów, bandytów lub zagranicznych inwestorów (z tym samym destrukcyjnym skutkiem).

Zamilkła proukraińska propaganda w naszych (?) mediach. Po raz nie wiem który sprawdziła się teza, że poparcie ze strony warszawskich polityków jest dla jakiegokolwiek ruchu politycznego w byłej strefie radzieckiej przysłowiowym pocałunkiem śmierci świadomie lub nieświadomie posyłającym go w niebyt. Widać taka nasza rola.

     Co do moich refleksji, to podzielę się tylko dwoma. Pierwsza dotyczy kondycji intelektualnej naszych ekspertów od spraw wschodniej Europy. Od lat powtarzaliśmy tym, którzy chcą jeszcze tego słuchać, że to właśnie „my znamy się na Rosji” oraz „na stosunkach Rosji z byłymi częściami sowieckiego imperium”. Głośno narzekaliśmy na to, że nikt nie chce słuchać naszych diagnoz. Mam w związku z tym pytanie, czy nadwiślańscy znawcy problemów ukraińskich przewidzieli taki obrót sprawy? Oczywiście nie będę się nad nimi pastwić, bo każda niepełnoprawność (również intelektualna) rodzi we mnie współczucie a przede wszystkim potrzebę opieki. Na tę złośliwość w pełni zasłużyliście i teraz już nie przegapicie okazji, aby – jak radził Jack Chirac – siedzieć cicho.

     Druga refleksja dotyczy zawodnego charakteru europejskiej, czy też zachodniej, zachodniej terminologii, którą się posługujemy. Postradziecki zlep bardzo odległych od siebie grup etniczno-kulturowych na chybcika nazwano „narodem ukraińskim”, który w dodatku „umocnił swoją tożsamość w wyniku rosyjskiej agresji”. Była to nagroda pocieszenia dla naszych rusofobów, którzy nie mogąc przeboleć sukcesu Putina w postaci aneksji Krymu pocieszyli się „wzmocnieniem” ukraińskiej tożsamości. Nie ma i chyba nigdy nie było „narodu ukraińskiego” w granicach Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Nie było, nie ma i raczej nie będzie. Współczesne procesy tworzenia się narodów – tak jak przed stu laty – wiążą się z istnieniem silnego państwa. Musi on mieć przede wszystkim silną misję kulturotwórczą, wspierać artystów, dziennikarzy, naukowców i … duchownych w propagowaniu idei istnienia jednego narodu, jego integracji  i świadomości. Na tę misję trzeba mieć pieniądze i to nie małe. Samo się nic nie zrobi. Tak właśnie odtworzono naród polski częściowo w międzywojniu, a tak naprawdę to dopiero za czasów Polskiej Ludowej. I trwało to długo: ponad 40 lat i było w znacznie lepszym (skuteczniejszym) wydaniu niż w czasach 1989, a już zupełnie w nieporównywalnie większej skali do nowoukraińskiego przypadku. Przez pierwsze trzydzieści lat oszukiwaliśmy się, że już jest naród ukraiński i wystarczy, aby dać mu wolność, uwolnić go spod sowieckiego jarzma i wszyscy będą piękni, bogaci i zdrowi. Dziś wielu młodych ludzi, którzy za chlebem przyjechali do Polski, nie ma jakiejkolwiek narodowej świadomości i wcale jej nie poszukuje. Czy jest im do czegoś potrzebna? A więc, czy nie posługujemy się fałszywymi pojęciami, które wymyślili przed stu laty niezbyt rozgarnięci austrowęgierscy politycy?

    

Witold Modzelewski

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego

Instytut Studiów Podatkowych

Skontaktuj się z naszą redakcją