Kiedyś już miałem okazję napisać o tzw. prawie Kulhmana, które pozwala wytłumaczyć genezę głoszonych nie tylko przez polityków absurdów, zwłaszcza dotyczących państw naszego regionu. Otóż zdaniem tego już prawie zapomnianego polityka kajzerowskiego (sekretarz stanu reprezentujący cesarza Wilhelma II podczas negocjacji pokojowych w Brześciu z bolszewikami w 1918 r.) całkowicie zależne od Berlina pseudopaństwo polskie utworzone w 1916 r. (jakoby) „uzyskało niepodległość”, gdyż „uniezależniło się od Rosji”. Tak samo jest dziś: zależna od zagranicznego finansowania i całkowicie niesuwerenna Ukraina jest jakoby państwem niepodległym, a przestanie nim być jak wyjdzie ze strefy wpływów niemiecko-amerykańskich, gdy zawrze jakiś konsensus z Rosją. Takie brednie opowiadają na poważnie medialni celebryci uchodzący za znawców tego o czym mówią: na inne poglądy w PO-PiSowych mediach nie ma miejsca.
Czy prawo Kulhmana ma również zastosowanie do współczesnej Polski? Odpowiedź jest raczej oczywista. Prawda, że przed trzydziestu pięciu laty „odzyskaliśmy niepodległość”, której (jakoby) w żadnym stopniu nie ograniczyła nasza integracja z Unią Europejską czy permanentne wtrącanie się w nasze sprawy wewnętrzne czy to europejskich, czy to niemieckich czy to amerykańskich oraz od niedawna również ukraińskich polityków oraz lobbystów, jest dowodem naszej niepodległości? Oczywiście tak, bo utracilibyśmy ją od razu, gdyby zaczęli wtrącać się Rosjanie.
Bo świat współczesny niczym istotnym nie różni się od przeszłości. W tej części świata (i nie tylko) podstawowe znaczenie mają strefy wpływów: czym bardziej będziemy zależni od „zachodnich” interesów, tym większa będzie niepodległość. I tej niepodległości musimy bronić do ostatniej kropli krwi. Musimy się zbroić, powołać pod broń półmilionową armię, bez ograniczeń wspierać „walczącą Ukrainę”, zadłużać się, ograniczać wydatki na cele socjalne aby obronić obce wpływy w naszym państwie.
Nie mówię nic oryginalnego: większość obywateli ma świadomość, czyje wpływy mają decydujące znaczenie w tym regionie świata. Jedynym argumentem w obronie status quo jest (jakoby) oczywista teza, że „lepiej być w niemieckiej czy amerykańskiej strefie wpływów niż w ruskiej”. Znamy dość dobrze ten pogląd: był lansowany przez propagandę niemiecką w latach 1939-1945, zwłaszcza w Generalnym Gubernatorstwie, które być może niedługo pojawi się w podręcznikach historii jako jedna z form co prawda ograniczonej, ale jednak „prozachodniej” państwowości polskiej. Wiadomo, że czasy tzw. PeeReLu (1945-1989) zostały całkowicie wykreślone z naszej przeszłości, a wszystko co „zagrabili komuniści” ma zostać z odsetkami „zwrócone prawowitym właścicielom”. Ich kolejka jest długa; do najważniejszych interesariuszy należy zaliczyć:
Kiedyś usłyszałem, że właśnie „obowiązkiem” niepodległej Polski jest zwrócić to co zostało zabrane przez niegodziwców, których dziś nazywa się „komunistami” i zrobią to w majestacie prawa polskie sądy (oczywiście bez udziału „neosędziów”).
Czy taka jest więc misja pozostania w tej strefie wpływów? Mam nadzieję, że mój sarkazm nie będzie hipotezą samosprawdzającą się.

Prof. dr hab. Witold Modzelewski
Prezes Zarządu
Instytut Studiów Podatkowych
witold.modzelewski@isp-modzelewski.pl
Skontaktujemy się z Tobą w najbliższym dniu roboczym aby porozmawiać o Twoich potrzebach i dopasować do nich naszą ofertę.
Jest to elektroniczny tygodnik podatkowy, udostępniany Subskrybentom w każdy poniedziałek w formie newslettera.