W dniu 12 maja 2026 r. mija setna rocznica puczu wojskowego będącego niestety skutecznym zamachem stanu w wykonaniu Józefa Piłsudskiego i jego popleczników. Zamach ten był wyjątkowo krwawy; według oficjalnych (zapewne zaniżonych) informacji (czyli piłsudczykowskich) pochłonął w ciągu zaledwie trzech dni ponad 400 ofiar śmiertelnych i co najmniej dwa razy tyle rannych. Strzelali do siebie polscy żołnierze: jedni w obronie Państwa Polskiego (wielkie, ale potrzebne słowa), drudzy w imię ambicji politycznych puczysty, który w 1920 roku sam sobie nadał tytuł honorowy „marszałka”, bo takiego stopnia wojskowego nie było. Zresztą wcześniej sam sobie nadał jako Naczelnik Państwa najwyższe odznaczenie państwowe. Ginęli również cywile, bo walki odbywały się w dużym, ludnym mieście. Do dziś nawet nie upamiętniono w sposób formalny ofiar zamachu, nie ukarano (nawet symbolicznie) jego autorów i wykonawców. Wiemy, że jest odwrotnie: Józef Piłsudski ma tysiące pomników, jego imieniem nazywane są ulice i place w setkach miejscowości (nawet we Wrocławiu, czyli mieście, które on uznawał za „rdzennie niemieckie”). Do dziś wielu czynnych polityków podtrzymuje kult „Marszałka”, mimo że władzę zdobył w 1926 roku nielegalnie i skutecznie zniszczył ustrój demokratyczny naszego kraju wprowadzając rządy autorytarne. Władzy raz zdobytej już nie oddał, rządził do śmierci w 1935 roku. Litościwy los (a tak naprawdę to choroby i kiepskie zdrowie) oszczędził mu uczestnictwa w całkowitej katastrofie sanacyjnego państwa we wrześniu 1939 roku, które zniszczył jego niemiecki protektor z czasów poprzedniej wojny wespół z państwem bolszewickim. Przypomnę (o czym nie chce się pamiętać), że od 1916 roku utworzone wcześniej przez władze austriackie Legiony (gdzie był dowódcą jednej z trzech brygad – nigdy nie był ich dowódcą) przeszły pod komendę i żołd niemiecki, przekształcono je w Poloniche Wermacht, a on stał się wysokim urzędnikiem „Rady Stanu”, czyli marionetkowego organu władz okupacyjnych działającego z ramienia dwóch państw zaborców – Cesarstwa Niemieckiego i Austro-Węgier. Okupowane były ziemie byłego „Królestwa Polskiego” – czyli zaboru rosyjskiego. Mówiąc obrazowo był podkomendnym dwóch zaborców, którzy zajęli ziemie polskie, wcześniej będące pod władzą trzeciego zaborcy, czyli Rosji. Do listopada 1918 roku, czyli do upadku cesarskich Niemiec, pobierał od okupanta pensję brygadiera nawet wtedy, gdy był w honorowym areszcie w Magdeburgu. Po zwolnieniu z tego aresztu został wysłany przez upadające władze niemieckie do Warszawy pociągiem, który składał się z lokomotywy i jednego wagonu w asyście niemieckich oficerów wywiadu. Potem czas biegnie bardzo szybko: równie groteskowe ciało powołane przez niemiecko-austriackich zaborców („Rada Regencyjna”) powierza mu dowództwo nad Poloniche Wermacht, potem rozwiązuje się i przekazuje mu swoją „władze” nadaną mu przez zaborcę, którą miał on przekazać „rządowi narodowemu”. Czego zresztą nie zrobił, tylko sam siebie mianował „Tymczasowym Naczelnikiem Państwa”.
To tak dla przypomnienia o drodze do władzy kogoś, kogo w podręcznikach określa się często jako „Ojca Niepodległości”. Przypomnę również, że powołany przez niego w 1918 roku rząd pod prezesurą socjalisty Jędrzeja Moraczewskiego był od razu uznany przez władze w Berlinie a już nie przez państwa zwycięskiej Ententy. Przeszłość znacznie się różni od obowiązującej do dziś sanacyjnej legendy.
Do dziś nie są bliżej znane opinii publicznej kulisy zamachu stanu sprzed 100 laty. Czasami półgębkiem wspomina się o roli wywiadu brytyjskiego, który w tym przedsięwzięciu ponoć nie tylko maczał palce, lecz był jego inicjatorem. Co godne odnotowania ów zamach poparli… polscy komuniści, czyli Komunistyczna Partia Polski, a raczej jest pewne, że nie zrobili tego bez wiedzy i zgodny (polecenia?) ze strony bolszewickiej Moskwy. Coś niecoś wiemy na temat poparcia dla tego zamachu ze strony weimarskiego Berlina, który był wrogiem profrancuskich rządów w Warszawie.
Co ważne, stosunek do tego zamachu obu naszych głównych sąsiadów, czyli bolszewickiego Związku Radzieckiego oraz weimarskich Niemiec, nie był wrogi. W obu tych państwach rządzili socjaliści, a Piłsudski był słusznie postrzegany jako polityk lewicowy. Z elitą bolszewicką znał się od ponad dwudziestu lat, a przypomnę, że wtedy w Moskwie ogromne wpływy mieli politycy polskojęzyczni i nie byli to tylko polscy Żydzi. Oba sąsiednie państwa były antyfrancuskie, a Paryż miał do Piłsudskiego stosunek co najmniej zdystansowany. W wyniku tego zamachu wpływy francuskie w Warszawie zaczęły słabnąć a przecież był to nasz jedyny sojusznik z grona mocarstw. Finał sanacyjnej państwowości jest znany.

Prof. dr hab. Witold Modzelewski
Prezes Zarządu
Instytut Studiów Podatkowych
witold.modzelewski@isp-modzelewski.pl
Skontaktujemy się z Tobą w najbliższym dniu roboczym aby porozmawiać o Twoich potrzebach i dopasować do nich naszą ofertę.
Jest to elektroniczny tygodnik podatkowy, udostępniany Subskrybentom w każdy poniedziałek w formie newslettera.